Szczypiorniści Pogoni nie sprawili niespodzianki. Sandra Spa Pogoń – Wisła Płock 22:33

Każdy inny wynik niż wysoka porażka w konfrontacji Wisłą Płock, uczestnikiem Ligi Mistrzów rozpatrywany byłby jako niespodzianka. Niestety podopieczni trenerów Wojciecha Zydronia i Michala Bruny mimo usilnych starań byli  jedynie tłem dla dobrze dysponowanych wicemistrzów Polski.

Obie drużyny rozpoczęły wtorkowe spotkanie od niewymuszonych strat. Wynik meczu otworzył Valentin Ghionea, ale błyskawicznie wyrównał Michal Bruna. Niestety od tego momentu Nafciarze wyszli na prowadzenie, którego szczecinianie nie byli w stanie im odebrać. Szczególnie we znaki gospodarzom dawały się szybkie kontrataki, spowodowane prostymi błędami w rozegraniu. W czternastej minucie po blisko rocznej przerwie na parkiecie pojawił się Bartosz Konitz, który w poprzednim sezonie reprezentował barwy płockiej Wisły. Widać było, że nie jest jeszcze w optymalnej formie i nie pomógł zbytnio w odrabianiu strat. W pierwszej połowie oprócz duetu trenerskiego Zydroń-Bruna bramki dla Pogoni rzucili jedynie Paweł Krupa (3) i Dawid Fedeńczak (2). Tymczasem dla gości trafiało dziewięciu zawodników, a szczególnie nie do zatrzymania był Marko Tarabocia, strzelec czterech bramek.   Sędziowie zaprosili obie drużyny na przerwę przy wyniku 10:17.

Drugie trzydzieści minut ponownie otworzył Ghionea. Trafił również Konitz, co sprawiło że zaczął czuć się pewniej na parkiecie i po chwili dodał kolejną bramkę. Choć widoczna była większa koncentracja w grze Portowców, to nie pozwalało to na odrobienie strat. Dobre rzuty oddawał Krupa i Kniazeu, ale przy tak dysponowanych przeciwnikach było to po prostu za mało. Świetnie zaprezentowali się w tym spotkaniu bracia Gębala, którzy w sumie dziewięć razy znaleźli drogę do granatowo-bordowej bramki. Na piętnaście minut przed końcem przewaga gości wynosiła już jedenaście trafień (17:28) i marzenia o jakimkolwiek dobrym wyniku trzeba było odłożyć na kolejne spotkania. Pogoń myliła się nawet w rzutach karnych, z których ani razu nie udało się pokonać bramkarza przeciwników. Po sześćdziesięciu minutach na tablicy widniał wynik 22:33.

Tekst:
Foto:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *