Porażka na inaugurację rundy mistrzowskiej
Piłkarze Pogoni Szczecin od porażki 1:3 z Lechią Gdańsk rozpoczęli swoją przygodę w grupie mistrzowskiej T-Mobile Ekstraklasy. Jeśli Pogoń marzy o osiągnięciu lepszego wyniku niż w poprzednim sezonie, powinna jak najszybciej o tym spotkaniu zapomnieć.
W bieżących rozgrywkach była to już trzecia konfrontacja obu drużyn. Pogoń zdołała wygrać spotkanie w Gdańsku, jednak w Szczecinie musiała uznać wyższość rywali. Dzisiaj miała szanse na to, by poprawić niekorzystny bilans spotkań z Lechią na własnym stadionie. Ostatnie zwycięstwo Portowców miało miejsce aż 23 lata temu, kiedy to skromnie wygrała 1:0. W dzisiejszym meczu, drużyna prowadzona przez Czesława Michniewicza musiała radzić sobie bez pięciu podstawowych zawodników. Do kontuzjowanych Robaka, Małeckiego i Murayamy dołączyli, pauzujący za kartki Rogalski i Janota. Oprócz tych absencji, kibiców mogła odstraszyć pogoda. Na dwie godziny przed spotkaniem nad Szczecinem przeszła gwałtowna burza. Jednak nie miała ona wpływu na rozpoczęcie i przebieg meczu.
Pierwsza odsłona nie zapowiadała takiego rozstrzygnięcia. Obie jedenastki walczyły jak równy z równym. Nerwowe pierwsze minuty przyniosły gola Łukasza Zwolińskiego. Nasz „Zorro” pewnie znalazł się w polu karnym i po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Ricardo Nunesa strzałem głową pokonał golkipera Lechii. Było to już jego 12 trafienie w tym sezonie i szóste w pięciu ostatnich występach. Niestety od tego momentu coraz wyraźniej do głosu zaczęli dochodzić goście. Pierwszym sygnałem był strzał z szesnastego metra Wojtkowiaka w siedemnastej minucie, który minimalnie minął poprzeczkę strzeżonej przez Janukiewicza bramki. W pierwszej połowie nie zobaczyliśmy więcej goli. Po niej można było użyć określenia „typowy mecz walki”.
Po wznowieniu gry to piłkarze Lechii Gdańsk przejęli inicjatywę. Kolejno bramkę Pogoni atakowali Mila, Wawrzyniak, Colak. W 55 minucie spotkania gdańszczanie mogli cieszyć się z wyrównania, jednak przy golu Grzelczaka sędziowie dopatrzyli się spalonego. Mógł to być sygnał dla Portowców do zmiany stylu gry. Tymczasem to tylko rozjuszyło gości, którzy z jeszcze większym zaangażowaniem wzięli się do odrabiania strat. Wystarczało im jedynie dziesięć minut by rozstrzygnąć ten mecz na swoją korzyść. Egzekucję rozpoczął w 61 minucie Antonio Colak, który pewnym strzałem w długi róg pokonał słabo dysponowanego w dzisiejszym spotkaniu Janukiewicza. Trzy minuty później po faulu Matrasa na Colaku sędzia podyktował rzut karny. Za to zagranie obrońca Pogoni otrzymał czerwoną kartkę i resztę spotkania musiał spędzić poza boiskiem. Jedenastkę na gola zamienił pochodzący z Bośni Stojan Vranjes. Bramkarz Pogoni był bliski obronienia tego strzału, jednak piłka znalazła się w siatce i Gdańszczanie mogli cieszyć się z upragnionego prowadzenia. Osłabiona Pogoń próbowała szybko nawiązać walkę. W 70 minucie strzał Zwolińskiego zablokowali obrońcy Lechii. Końca zniszczenia dokonał chwilę późnej Gerson. Wpakował on piłkę do praktycznie pustej bramki po świetnym podaniu Bruna Nazario. Mogłoby się wydawać, że grający w dziesiątkę Portowcy cofną się i będą starali się nie otrzymać więcej ciosów. Jednak obudził się w nich zew wojowników i kolejno stwarzali sobie sytuacje do zdobycia kontaktowego gola. Najpierw formę bramkarza Lechii sprawdził Wojtkowiak. Następnie w poprzeczkę trafił Adam Frączczak. Sił im jednak starczyło tylko do 85 minuty. Końcówka spotkania znów należała do gości. W narożniku pola karnego faulowany był Piotr Wiśniewski. Sędzia ukarał naszego golkipera żółtą kartką, niemiej jednak nie wskazał na jedenastkę i podyktował rzut wolny sprzed linii szesnastego metra. W doliczonym czasie gry raz jeszcze po strzale Grzelczaka piłka minimalnie minęła słupek szczecińskiej bramki.
Skończyło się wynikiem 3:1, który w kontekście całego spotkania trzeba uważać za sprawiedliwy. Pytany po meczu Adam Frączczak nie zostawiał na postawie drużyny suchej nitki.
– Drugą połowę zagraliśmy po prostu fatalnie. Znów prowadziliśmy po pierwszej połowie i nie potrafiliśmy pójść za ciosem. Mecz w Warszawie to zupełnie inna bajka, to mistrz Polski. Jednak przed własną publicznością nie możemy tak się prezentować.
Trudno nie zgodzić się z słowami pomocnika Pogoni. Nie można od trzydziestej minuty spotkania się cofać i bronić jednobramkowego prowadzenia. Na nic zdają się tłumaczenia, że czerwona kartka i rzut karny się Portowcom nie należał. Trzeba sobie przypomnieć sytuację sprzed roku, gdzie również występująca w grupie mistrzowskiej Pogoń, nie potrafiła odnieść zwycięstwa. Lechia miała przed meczem tyle samo punktów co my. Kolejni rywale będą coraz silniejsi. Jeśli w dzisiejszym spotkaniu nie byliśmy faworytami, to patrząc na następnych rywali, tym bardziej nimi nie będziemy. Trzeba znaleźć w sobie ducha walki, którego pokazywała Pogoń w końcówce rundy zasadniczej. Tylko wtedy będziemy mogli cieszyć się z gry Portowców.
tekst: Oam
foto: Mateusz Szklarski

