Nie taki mistrz straszny jak go malują
Dwa miesiące musieli czekać kibice na wznowienie rozgrywek T-mobile Ekstraklasy. Pogoń na inauguracyjny mecz udała się do Poznania. Podopieczni Czesława Michniewicza musieli zmierzyć się z rozpędzonym Kolejorzem, który przed tygodniem zdobył Superpuchar Polski oraz zaliczył udany występ w eliminacjach Ligi Mistrzów.
Forma Pogoni była wielką niewiadomą. Ostatni oficjalny sparing nie napawał optymizmem. Wysoka przegrana z średnią, drugoligową drużyną z Niemiec sprawiła niemały ból głowy sztabowi trenerskiemu.
Od pierwszej minuty w składzie Pogoni oglądaliśmy ostatnio pozyskanych zawodników: Jarosława Fojuta, Jakuba Czerwińskiego i wracającego po rocznym pobycie we Włoszech Mateusza Lewandowskiego. Za to w barwach Lecha wystąpił w wyjściowej jedenastce były napastnik Portowców Marcin Robak. W szczególności zapamiętany został po pamiętnym zwycięstwie 5:1 przy Twardowskiego.
W pierwszych minutach więcej okazji stwarzali sobie Portowcy. Grali bardziej zdecydowanie, bez respektu dla mistrza. Do czwartej minuty mieli już dwie wyśmienite okazje do zdobycia pierwszej bramki. Najpierw świetnym uderzeniem głową popisał się Łukasz Zwoliński, trafiając w poprzeczkę. Następnie formę bramkarza Lecha sprawdził aktyny od początku Lewandowski. W 10 minucie po ostrym wejściu obrońców Kolejorza ucierpiał Aka. Gdy wydawało się, że nic poważnego szczecińskiemu Samurajowi się nie stało, w 18 minucie musiał zejść z boiska. Na jego miejsce został wprowadzony Patyk Małecki. Dwie minuty później „Mały” obsłużył pięknym prostopadłym podaniem Łukasza Zwolińskiego i na tablicy wyników widniało jednobramkowe prowadzenie Pogoni. Niestety radość szczecinian trwała krótko. Pięć minut później wyrównującą bramkę strzałem głową zdobył Darko Jevtić. W 37 minucie drugą asystą popisał się Małecki. Jego piękne dośrodkowanie wykorzystał Mateusz Lewandowski. Minutę przed końcem pierwszej odsłony spotkania pięknym strzałem z pierwszej piłki popisał się Karol Danielak.
Żadna z drużyn nie zdołała osiągnąć w pierwszej połowie wyraźnej przewagi na boisku. Spotkanie prowadzone było w szybkim, jak na panujące warunki atmosferyczne tempie. Pogoń walczyła jak równy z równym, nie przestraszyła się Lecha, a na dodatek często prowadziła grę i nie dawała się zdominować. Przyniosło to skutki w postaci jednobramkowego prowadzenia.
Na drugą połowę trener Skorża wystawił do gry dwóch nowych zawodników Denisa Thomallę i Dariusza Formellę. Gospodarze od razu ruszyli do odrabiania strat. Groźne dośrodkowanie Marcina Kamińskiego na szczęście nie znalazło adresata, podobnie jak podyktowany chwilę później rzut rożny. Pogoń skutecznie przerywała akcje poznaniaków i starała się kontrować. W 55 minucie znów strzałem z woleja próbował pokonać Buricia, Karol Danielak. Po groźnym strzale siedem minut później Barryego Douglasa, trener Michniewicz przeprowadził kolejną zmianę. Strzelca drugiej bramki zamienił debiutujący w granatowo-bordowych barwach Miłosz Przybecki. Z każdą upływającą minutą rosła przewaga Lecha. Ich próby zdobycia wyrównującej bramki kończyły się najczęściej poza światłem bramki lub w rękach Kudły. Ostatnią zmianę wykorzystał trener Pogoni w 80 minucie. Na boisku zameldował się Takuya Murayama, zastąpił on wyraźnie zmęczonego Danielaka. W końcówce Portowcy pokazali więcej boiskowego cwaniactwa, skutecznie kradnąc cenne sekundy.
Największym zwycięzcą całego spotkania był Patryk Małecki. Potwierdziły się słowa trenera, mówiące o tym, że Mały jest spragniony piłki na 110%. Wszędzie było go pełno. Piękne asysty, zadziorność w ataku, nieustępliwość w obronie. Takiego Małeckiego chcemy oglądać jak najczęściej. Należą mu się brawa, za to że nie dał się sprowokować kibicom Lecha, którzy upatrzyli sobie w nim główny punkt zaczepek. Pierwsza jaskółka wiosny nie czyni, ale w dzisiejszym meczu oglądaliśmy drużynę głodną piłki, drużynę która stanowiła kolektyw. Na stawianie poważnych prognoz przyjdzie jeszcze czas. Jednak po tym zwycięstwie z optymizmem można patrzeć w przyszłość.
tekst: Oam
foto: Mateusz Szklarski

