Jak feniks z popiołów

W drugim meczu małego finału mistrzostw Polski, Pogoń Szczecin pewnie wygrała przed własną publicznością z Azotami Puławy 30:23. Podopieczni Rafała Białego we wtorkowym pojedynku w niczym nie przypominali drużyny z pierwszego starcia.

Pogoń przystąpiła do wtorkowego spotkania bez kontuzjowanego Michala Bruny. Jego nieobecność mogła martwić kibiców zebranych w szczecińskiej Azoty Arenie, bowiem przez większość sezonu to Czech dyrygował ofensywnymi akcjami Pogoni. Na domiar złego po pierwszym spotkaniu, to wykańczanie ataków było największą bolączką portowców.

Początek spotkania do złudzenia przypominał poniedziałkowy pojedynek. Azoty szybko rzuciły dwie bramki i wydawać się mogło, że koszmar pierwszego meczu znów się powtórzy. Nic z tego. W piątej minucie spotkania Mateusz Zaremba pewnym rzutem z ósmego metra wyrównał wynik meczu. Niesieni dopingiem szczecinianie zaczęli powoli budować przewagę, która w dwunastej minucie wynosiła już 4 trafienia. Świetnie na środku rozegrania radził sobie, pod nieobecność Bruny, Łukasz Gierak. W jego wykonaniu byliśmy świadkami wielu celnych podań. Co ważne, równie dobrze radził sobie w defensywie. Ciężar zdobywania bramek wziął na siebie w tym meczu Paweł Krupa. Pierwsza połowa skończyła się skromnym, jednobramkowym prowadzeniem gospodarzy.

Po zmianie stron goście szybko wyrównali, jednak to był jedyny moment drugiej połowy, w którym mogli przeważyć szalę zwycięstwa na swoją stronę. W szczecińskiej bramce prawdziwych cudów dokonywał Krzysztof Szczecina, który udanie zmienił dość przeciętnie dysponowanego w tym dniu Lecha Kryńskiego. Na kwadrans przed końcem meczu prowadzenie Pogoni wynosiło już sześć bramek i powoli można było zaczynać planowanie kolejnych spotkań w Puławach. Ostatecznie szczecinianie wygrali siedmioma trafieniami (30:23) i znów liczą się w walce o brązowy medal.

Wtorkowe spotkanie prowadziła ta sama para sędziów z Gdańska, co poprzednie starcie obu drużyn. W końcowych fragmentach meczu ponownie dali o sobie znać, bez opamiętania karząc obie drużyny wykluczeniami. Jedyna różnica w tym, że po ich wtorkowych decyzjach, bardziej dotknięci mogą czuć się puławianie. W 56 minucie podwójną karą wykluczenia ukarany został Przemysław Krajewski, a cztery minuty później czerwoną kartkę (z gradacji kar) otrzymał, obrotowy Pogoni, Patryk Walczak. Z pewnością ta dwójka sędziów momentami zapomina, że to nie oni są głównymi bohaterami widowiska.

Pogoń pokazała dziś sportową złość, pazur, z którym poradzić sobie mogą tylko najlepsze drużyny w kraju. Nie ma jednak co popadać w przesadny optymizm. Puławy na swoim parkiecie są bardzo mocnym przeciwnikiem. Udowodnili to w tym sezonie w spotkaniach z Wisłą Płock. Na dodatek trzeba pamiętać, że szczecinianie od lat nie wygrali na tym terenie. Czy uda się to osiągnąć w walce o brązowy medal? Czy podopieczni Rafała Białego, grając praktycznie jedną siódemką, kondycyjnie podołają trudom dalekiej podróży? Czy sprawią niespodziankę i przywiozą z dalekich Puław upragniony medal? Po wtorkowym spotkaniu jedno jest pewne: obie drużyny są godne walki o najniższy stopień podium. Obie siódemki są tak samo zdeterminowane by ten cel osiągnąć. Pogoń już nie raz pokazała, że jest w stanie walczyć z najlepszymi jak równy z równym.

Mecze numer trzy i cztery odbędą się w najbliższy piątek i sobotę w Puławach. Transmisję z obu spotkań przeprowadzi stacja Polsat Sport.

tekst: Oam
foto: Mateusz Szklarski


Reklama