Portowcy wciąż bez przełamania. Pogoń – Lech 0:2
Nie było powtórki z pierwszej kolejki i Pogoń Szczecin musiała uznać wyższość Mistrza Polski. Poznaniacy pewnie wygrali dwoma bramkami, a w drużynie Pogoni nie było widać pomysłu na grę. Na boisku przeważała w ich wykonaniu niedokładność i momentami nieporadność. Grając w taki sposób nie sposób myśleć o korzystnych rezultatach.
Tylko z jednym nominalnym napastnikiem przystąpiła drużyna Pogoni do niedzielnego spotkania z poznańskim Lechem. Z całego składu zdolny do gry był jedynie Marcin Listkowski, a zarówno Łukasz Zwoliński oraz Vladimer Dvalishvili uskarżają się na kontuzje. O problemach kadrowych drużyny Czesława Michniewicza świadczy również fakt, że zamiast meczowej osiemnastki mógł wystawić jedynie siedemnastu zawodników.
Pierwsza połowa rozpoczęła się od lekkiej przewagi Portowców. Jednak z każdą upływającą minutą gra stawała się bardziej wyrównana, ale żadna z drużyn nie potrafiła zbudować akcji, która zakończyłaby się strzałem. W jedenastej minucie swoją pierwszą okazję do zdobycia bramki wykorzystali piłkarze poznańskiego Lecha. Po zamieszaniu w polu karnym piłkę z szesnastu metrów do bramki skierował Kaspar Hamalainen. Piłka odbiła się jeszcze od Jarosława Fojuta, co zmyliło Jakuba Słowika i uniemożliwiło mu skuteczną interwencję. Kolejorz chciał pójść za ciosem i sześć minut później strzelał z dystansu Szymon Pawłowski, jednak piłka po tym uderzeniu minimalnie minęła bramkę Pogoni. Bardzo słabo prezentowała się szczecińska drużyna w tym spotkaniu pod względem ofensywnym. Większość dośrodkowań z boku boiska nie znajdowała drogi do Listkowskiego, czy pozostałych zawodników. Lech również w pierwszej połowie nic wielkiego nie pokazał, ale i to wystarczyło do objęcia prowadzenia. Najgroźniejsze sytuacje do wyrównania miała Pogoń około 38. minuty spotkania. Najpierw z lewej strony dośrodkowywał Małecki, ale podanie przeciął Jasmin Burić, a chwilę potem strzelał Akahoshi i tym razem na posterunku był bramkarz Lecha. Do końca pierwszej odsłony wynik nie uległ zmianie.
Obie jedenastki przystąpiły do drugiej części spotkania w niezmienionych składach. Dwie minuty po wznowieniu gry Portowcy wykonywali rzut rożny, po którym strzał głową oddał Matras, ale i w tym wypadku dobrze ustawiony był bramkarz Kolejorza. Po dziewięciu minutach drugiej połowy w sytuacji sam na sam znalazł się Małecki, którego strzał trafił jedynie w boczną siatkę. Chwilę później Frączczak miał szansę na wyrównanie, ale tym razem nie trafił czysto w piłkę, którą z prawej strony dośrodkowywał Murawski. Choć to Pogoń przeważała, to piłkarze Lecha podwyższyli prowadzenie. W 62. minucie po dośrodkowaniu z rzutu wolnego piłkę głową umieścił w siatce były piłkarz Pogoni, a obecnie kapitan Lechitów, Łukasz Trałka. Po tym trafieniu gra obu zespołów się uspokoiła. Żadna z drużyn nie stworzyła sobie dogodnych sytuacji do zdobycia bramki. Spotkanie zakończyło się wynikiem 0:2 i na zwycięstwo Pogoni na własnym stadionie trzeba będzie jeszcze trochę poczekać.
Ostatnie wyniki Portowców rozczarowują. W ostatnich pięciu spotkania na piętnaście możliwych punktów do zdobycia, podopieczni Czesława Michniewicza zdobyli zdobyć jedynie dwa. Przez to z wicelidera ligowej tabeli stali się drużyną środka, która nie potrafi zwyciężać. Tłumaczyć można to brakiem kilku piłkarzy, jednak po udanej pierwszej rundzie spotkań apetyty wszystkich związanych z Pogonią ludzi mocno się zaostrzyły. Następny mecz Granatowo-bordowi grają na wyjeździe z Śląskiem Wrocław, drużyną która również odczuwa głód zwycięstwa. Wrocławianie ostatni raz wygrali we wrześniu i ich obecna sytuacja jest daleka od idealnej. Jeśli w drużynie trenera Michniewicza ma dojść do przełamania, to będzie to najlepsza okazja by to uczynić.
tekst: Oam
foto: Mateusz Szklarski

