Klasyczny remis na początek rundy finałowej. Pogoń – Ruch 1:1

Spotkanie z chorzowskim Ruchem było pierwszym w tym roku meczem w rundzie finałowej Ekstraklasy. W poprzednich latach Portowcom nie udało się ani razu wygrać na tym etapie rozgrywek. Podobnie było i tym razem. Po słabej pierwszej i świetnej drugiej połowie pojedynku Granatowo-bordowi zdołali kolejny raz zremisować.

Mecz mógł fatalnie rozpocząć się dla Portowców. Po pięciu minutach piłka znalazła się w siatce Pogoni. Po rzucie rożnym Ruch wykorzystał nieporadność szczecińskich obrońców i z bliskiej odległości jeden z chorzowskich zawodników wpakował piłkę do pustej bramce. Na szczęście sędzia słusznie odgwizdał pozycję spaloną dwóch zawodników niebieskich. Kolejne minuty upływały w dość spokojnym tempie. Piłkarze obu drużyn szukali możliwości oddania strzału po mozolnie konstruowanych atakach pozycyjnych. W pierwszych dwudziestu minutach stroną przeważającą była Pogoń. W 24 minucie szczęście uśmiechnęło się do podopiecznych Waldemara Fornalika. Przeprowadzony w bardzo spokojnym tempie kontratak przyniósł bramkę Mariusza Stępińskiego, niedoszłego zawodnika Pogoni. Była to składna akcja trzech zawodników Ruchu, którzy wykorzystali błędy Frączczaka, Matrasa i szczecińskiej defensywy. Nawet posiadający patent na niebieskich Takafumi Akahoshi. Japończyk był w pierwszej połowie zupełnie niewidoczny. Oglądając spotkanie, miało się wrażenie, że na placu gry nie ma zawodnika z kraju kwitnącej wiśni.

Na drugą połowę trener Czesław Michniewicz desygnował do gry w miejsce Dawida Korta i Łukasza Zwolińskiego dwóch zawodników, którzy mieli zmienić styl gry Portowców: Marcina Listkowskiego i Vladimera Dvalichviliego. Gruzin zaraz po wejściu na murawę mógł doprowadzić do wyrównania, ale i tym razem piłka minęła prawy słupek bramki strzeżonej przez Putnockiego. W 56. Minucie miała miejsce groźnie wyglądająca sytuacja. W szczecińskim polu karnym głowami zderzyli się Jarosław Fojut i Paweł Oleksy. Ten drugi w wyniku starcia musiał opuścić boisko na noszach. Dwie minuty później w końcu udało się Portowcom wyrównać. Lewą stroną boiska pociągnął akcję Dwalishvili, w polu karnym przedłużył Frączczak i Rafał Murawski wślizgiem wpakował piłkę do chorzowskiej bramki. Od tego momentu Granatowo-bordowi wzięli sprawy w swoje ręce. Wyszli wysokim pressingiem i walczyli o każdy centymetr boiska. Druga połowa w wykonaniu szczecinian to zupełnie inna gra, w której widać było determinację i przede wszystkim chęć przechylenia szali zwycięstwa na swoją stronę.

tekst: Oam
foto: Mateusz Szklarski


Reklama