Wilki wyraźnie słabsze od Rottweilerów

King Wilkom Morskim nie udało się przedłużyć krótkiej serii zwycięstw. W meczu kończącym siódmą kolejkę spotkań TBL musieli uznać wyższość Anwilu Włocławek.

Nieparzysta liczba drużyn spowodowała to, że w ramach siódmej kolejki King Wilki Morskie Szczecin rozegrały swoje ósme spotkanie w tym sezonie Tauron Basket Ligi. Przeciwnikiem szczecińskiego zespołu był Anwil Włocławek. Choć zespół z Kujaw lata świetności ma za sobą, to w obecnych rozgrywkach prezentuje się naprawdę dobrze i spotkanie w szczecińskiej Azoty Arenie zapowiadało się bardzo ciekawie.

Spotkanie rozpoczęło się od prowadzenia Wilków po trzypunktowej akcji Uroša Nikolicia. Chwilę później dwójkę dorzucił Marcin Nowakowski, zastępujący w pierwszej piątce kontuzjowanego Koriego Luciousa i Wilki wyszły na pięciopunktowe prowadzenie. Trzeba przyznać, że w pierwszej kwarcie bardzo solidnie wyglądała gra defensywna Szczecinian. Najlepiej świadczy o tym fakt, że najlepszy strzelec Anwilu w tym sezonie swoje pierwsze punkty zdobył dopiero na minutę przed końcem pierwszej kwarty. Na pierwszą przerwę Wilki schodziły z dwupunktową zaliczką (18:16).

W drugiej odsłonie goście szybko wyrównali, a chwilę później wyszli na pierwsze w tym spotkaniu prowadzenie. Jednak po bardzo emocjonującej i wyrównanej pierwszej odsłonie meczu, druga mogła rozczarować. Widzieliśmy bardzo dużo niedokładności w poczynaniach Wilków. Po niespełna ośmiu minutach na liczniku mieli jedynie trzy oczka, pięć fauli i pięć strat. Tymczasem goście, choć nie grali jakiegoś finezyjnego basketu zaczęli punktować i wyszli na sześć punktów przewagi. Nadzieję na dogonienie Rotwailerów dał Frank Gaines, który najpierw popisał się akcją 2+1 i chwilę później zebrał piłkę pod własną tablicą. Jednak i on nie ustrzegł się błędów. Wpierw został złapany na błędzie kroków, a minutę później przy wyprowadzaniu akcji ofensywnej podał piłkę sędziom stolikowym. Na przerwę obie drużyny schodziły przy wyniku 28:31.

Trzecią kwartę otworzył MVP poprzedniej kolejki spotkań Paweł Leończyk. Anwil z początkiem drugiej połowy zaczął bronić bardzo wysoko, co skutecznie utrudniało przeprowadzanie ataków drużynie Marka Łukomskiego. Z każdą upływającą minutą co raz bardziej widoczny był brak na rozegraniu Luciousa. Wilki często popełniały błąd kroków i nękani przez defensywę gości musieli oddawać rzuty z nieprzygotowanych pozycji. Prowadzenie Anwilu w porównaniu do wyniku sprzed wznowienia o cztery oczka (40:47).

Początek czwartej części spotkania to świetna skuteczność w rzutach za trzy graczy trenera Igora Milicicia, dlatego ich przewaga stopniowo się powiększała. Wilki odpowiadały sporadycznie rzutami za dwa i na pięć minut przed końcem goście prowadzili już dziewięcioma punktami. Szczecinianom brakowało skupienia. Jeśli myśleli o zwycięstwie, to nie można było sobie pozwalać na tak głupie straty, jak podawanie w puste pole, gdzie adresat piłki był szerzej nieokreślony. Martwiła też skuteczność w rzutach za trzy. Z dziewiętnastoprocentową skutecznością w rzutach z dystansu trudno myśleć o zwycięstwie. Dodatkowo w kluczowym momencie spotkania piąte przewinienie złapał Marcin Nowakowski i Wilki musiały sobie radzić bez nominalnego rozgrywającego. Wilki przegrały 54:69.

tekst: Oam
foto: Mateusz Szklarski


Reklama